The Same

Ciąża i macierzyństwo / Trudne tematy

Nieidealne macierzyństwo

W życiu nie zawsze jest idealnie – i to – paradoksalnie – najczęściej w obrębie tych sfer, na których zależy nam najbardziej. Miłość, przyjaźń, rodzina… To najważniejsze i najpiękniejsze wartości w naszym życiu. I chyba właśnie dlatego, że tak nam na nich zależy, zwykle w tych relacjach coś zgrzyta, coś nie gra, bywa trudno, smutno, pojawiają się problemy. Taką „problematyczną” relacją jest stosunek matki do dziecka. Czy może być coś piękniejszego niż matczyna miłość? Bardziej bezwarunkowego? W rzeczywistości często nie jest tak kolorowo, jak w filmie z happy endem.

17023331926_7c95754c18_oCzasem ta matczyna miłość, tak gloryfikowana i wybielana, przyjmuje wręcz postać toksyczną. I jakkolwiek pojęcia toksyczności nie można pojmować jako coś pozytywnego, to chciałabym zaryzykować jednak tezę, że taka miłość również bierze się pozytywnych pobudek. Matka otaczająca dziecko toksyczną miłością nie zdaje sobie sprawy z kierunku, w jakim zmierza jej postępowanie. Mówiąc krótko, chodzi tu o sytuację z rodzaju „zagłaskać kotka na śmierć”. Kiedy zakochana w dziecku matka stara się całym swym życiem i za wszelką cenę dać świadectwo miłości i chęci uczynienia go szczęśliwym; kiedy stara się przychylić mu nieba i dać wszystko, co tylko może (a nawet czego nie może); kiedy dla jego dobra ingeruje nadmiernie w życie prywatne, nie pozwalając dokonywać własnych wyborów i być odpowiedzialnym za nie (nie pozwalając tym samym dorosnąć i się usamodzielnić); nadmiernie uzależniając od siebie (co przeszkadza funkcjonować w dorosłym już życiu); kiedy w końcu ucieka się do szantażu emocjonalnego, gdy dziecko podejmuje jednak próby odcięcia pępowiny i stanięcia na własnych nogach – to jest właśnie toksyczna matczyna miłość. Miłość rozumiana mylnie, przynosząca odwrotny od zamierzonego skutek. Każde dziecko wcześniej czy później uświadomi sobie, że pomimo wygód i dobrego życia przy boku matki, zrobiła mu ona straszliwą krzywdę, bo nie pozwoliła żyć własnym życiem. Coś, co w jej mniemaniu wydawać się mogło jak najbardziej pozytywną chęcią dobrego wychowania dziecka, skończyło się egoistyczną pobudką zaspokajania własnych potrzeb czy ambicji.

W kolejnym rodzaju toksycznej miłości próżno dopatrywać się pozytywnych pobudek, chociaż matce może się wydawać, że takie istnieją. Taka matka jest przeświadczona o swej nieomylności i od najmłodszych lat wpaja to dziecku. Nie słucha, nie traktuje jak partnera. Jednak wszelkie decyzje dotyczące dziecka tłumaczy jego dobrem. Być może kocha, ale na tzw. swój sposób, bo patrząc na to z boku, trudno byłoby tę miłość zauważyć. Chłodny dystans z wiekiem dziecka przybiera na sile i prowadzi do niezliczonych przykrych sytuacji. Ich waga bywa różna, od błahych, po niezwykle dla dziecka istotnych. Toksyczna matka często nie zdaje sobie sprawy z ich sensu, ponieważ tak naprawdę nie zna i nie chce poznać potrzeb własnego dziecka. W nielicznych chwilach refleksji zastanawia się z kolei, czemu dziecko nie chce lub nie potrafi się przed nią otworzyć. Czasem ta refleksja pregnant-690735_960_720przychodzi zbyt późno. Lata upokorzeń robią swoje i powodują, że dzieci toksycznych rodziców (bo przecież nie tylko miłość matki bywa toksyczna) odcinają się od nich zupełnie. Zakładają swoje rodziny i żyją własnym życiem, ale pamiętają, analizują, nie potrafią zrozumieć i wybaczyć. Tkwią latami w poczuciu bycia niekochanym dzieckiem i za wszelką cenę starają się nie popełnić podobnych błędów. Niektórzy uciekają na drugi koniec świata, inni żyją kilka ulic dalej, ale kontakty ograniczają do minimum lub zrywają je zupełnie.

Dlaczego tak się dzieje, że kochając swoje dzieci robi się im nieświadomie krzywdę? Na stałe pozostawiając ślad w ich psychice? Skąd się biorą zachowania matek – jednorazowe lub powtarzane całe życie – silnie naznaczają relacje między nimi a dziećmi? Nie wiadomo, czy to kwestia charakteru, czy tego, co same wyniosły z domu i jak były traktowane przez własnych rodziców. Nie bez powodu mawia się, że jaka matka, taka córka. Wzorce wyniesione z domu zawsze w pewnym stopniu przenosi się na własną rodzinę. W mniejszym bądź większym, ale zawsze.

Kluczem do sukcesu w kształtowaniu relacji matka-dziecko jest świadomość rodzicielska. Nie mam tu na myśli świadomego macierzyństwa w rozumieniu przemyślanej decyzji o zostaniu rodzicem (chociaż to również bardzo istotne). Chodzi o świadomość we wszystkim, co się względem dzieci (i nie tylko) robi. Świadomość to połowa sukcesu wychowawczego. Od niej bowiem zależy jego finał. Najbardziej niepożądane zachowanie w stosunku do dziecka (czy kogokolwiek innego), da się naprawić – jeśli tylko mamy świadomość, że nasze działanie jest pod jakimś względem złe. Tylko wtedy można poprawić swoje zachowania i nie powtarzać ich w przyszłości.
Załóżmy, że matka faworyzuje jedno ze swoich dzieci. Jeśli zdaje sobie sprawę z tego faktu, z pewnością wie, że w przyszłości skończy się to zniechęceniem u reszty rodzeństwa. Nie każda matka, mimo świadomości o negatywnym charakterze takiego zachowania, jest w stanie się pod tym względem zmienić. Świadomość sprawi jednak, że będzie starała się w jakimś stopniu złagodzić skutki faworyzacji. Na przykład przestanie robić to w tak ostentacyjny sposób.
13074364353_486b5985b7_o
Nie oceniajmy innych i nie bądźmy zbyt surowi dla siebie. Co ma poradzić żona, której narodziny dziecka przysłoniły świat i spowodowały, że miłość do męża zeszła na dalszy plan? Co ma powiedzieć matka, której narodziny drugiego dziecka wyzwoliły jeszcze większe pokłady uczuć niż gdy po raz pierwszy została mamą? I nie jest w stanie lub wcale nie chce ukrywać tego przed światem? Zazwyczaj nie mamy większego wpływu na nasze uczucia. Możemy jednak starać się w jakiś sposób je kontrolować – tak odrobinę, po to, żeby nie robić nikomu przykrości. Albo wręcz przeciwnie – by zrobić temu komuś przyjemność. Ten, kto ma świadomość, wie, że każdy człowiek ma pewne oczekiwania. Warto wychodzić im naprzeciw. Nawet, jeśli nie potrafimy zrobić tego spontanicznie.

Nie wstydźmy się swoich prawdziwych uczuć i tego, że niektóre zachowania są przemyślane, a z założenia powinny być odruchowe. Najważniejszy jest odbiór otoczenia, bliskich. Zajęło mi trochę czasu, żeby pojąć, że nie mogę obwiniać się za uczucia, które są lub ich nie ma. Bo co na to poradzę, że zapatrzona w rocznego synka zapominam czasem, że mam starszą córkę w przedszkolu? Że na niego nie potrafię się gniewać, nawet po najgorszej nocy i pobudce o 5 rano, a u niej dostrzegam każdy błąd, nawet najmniejszą błahostkę, której nie potrafię nie skomentować? Nic, bo po chwili przychodzi mother-103311_960_720refleksja – wyluzuj, to tylko dziecko, twoje dziecko! Wówczas przytulam, całuję, zmieniam temat – żeby zatrzeć tę przesadzoną często reakcję. I bawię się w te wszystkie ulubione przez dziewczynki w tym wieku zabawy – przebieram, maluję, tańczę. Jestem jak siostra, a może moja córka jest jak mama… Tak czy siak staram się, bo wiem, że dla niej w tym momencie to ważne. Przecież chcę jej sprawić radość, chcę żeby była szczęśliwa i miała dobre wspomnienia z dzieciństwa. A jest jeszcze druga strona medalu – mąż… Co poradzę, że po całym dniu z dwójką dzieci, po dniu, który wyczerpuje na tyle, że marzy się jedynie o ciepłym prysznicu i krótkim relaksie z babskim pismem w ręku, nie pędzę do męża z pytaniem „jak ci minął dzień”? Najzwyczajniej w świecie zapominam o tym w natłoku myśli i spraw do załatwienia. Nic nie poradzę – po chwili wertowania stron z nowinkami sezonu czy innymi ciekawymi informacjami z babskiego pisma przychodzi myśl, że i on zasługuje na chociażby namiastkę zainteresowania. Sama lubię przecież, jak pyta, co u mnie. Konkretnie, bez kurtuazyjnych ogólników. I nie wiem, czy pyta, bo go to żywo interesuje, czy dlatego, że jest świadomy, że czuję się wtedy dobrze. Nieważne, bo najważniejszy jest efekt końcowy. A przecież chcę, żeby każdemu w naszej rodzinie było dobrze.

Dlatego cieszmy się dziećmi, dopóki nimi są. I traktujmy tak, jak chcielibyśmy, żeby one traktowały nas w przyszłości.

5 Comments Nieidealne macierzyństwo

  1. Zofia

    Przykro mi, ale to jest naprawde slaby tekst…
    Ogolnikowe skakanie po tematach, pakowanie roznych watkow, zaczynanie jednej mysli i przeskok w inna… Juz pomijajac,ze autorka nie wydaje sie posiadac wykfalifikowanej wiedzy w tematach psychologiczno-pedagogicznych, zeby moc przedstawiac rodzaje milosci „toksycznej”…
    Nastepnym razem proponuje pisanie o sobie, swoim przypadku, swoich przezyciach…
    Ale prosze nie pisac z pozycji eksperta, bo to bardzo nieodpowiedzialne…
    Mimo to,zycze aby dalsze proby w pisaniu tego typu tekstow sie powiodly!

    Reply
    1. The Same

      Autorka nie aspiruje do bycia ekspertką, a powyższy tekst jest jedynie próbą podzielenia się swymi doświadczeniami. Nie jest to rozprawa naukowa przedstawiająca teorie z podręczników psychologii (to nie tego typu blog), ale luźne rozważanie na tematy nurtujące wiele kobiet, mam w codziennym życiu. Temat jest ogólny więc i wątków wiele. Być może nie są wyczerpane, ale najważniejsze, że skłaniają do refleksji.

      Reply
    1. The Same

      Najważniejsze że się staramy i czerpiemy naukę z ewentualnych potyczek i sukcesów w tych staraniach 🙂

      Reply
  2. Paula

    „Dlatego cieszmy się dziećmi, dopóki nimi są. I traktujmy tak, jak chcielibyśmy, żeby one traktowały nas w przyszłości.” – pięknie i trafnie powiedziane!

    Reply

Leave A Comment