The Same

Ciąża i macierzyństwo / Trudne tematy

Święta… jak przetrwać, nie zwariować i zapewnić dzieciom ciepłe wspomnienia.

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej święta…. Właściwie, to już są Święta. Tymczasem, odnoszę nieodparte wrażenie, że wszyscy wokół czekają tylko aby przekroczyć w kalendarzu magiczną datę 1 listopada i ruszyć ze zmasowanym świątecznym atakiem zewsząd. Witryny sklepowe może najmniej śmiało, ale już wnętrza sklepów oferują całe sektory ozdób, gadżetów i różnej maści ofert świątecznych, jakby święta czekały tuż za rogiem, zapominając, że jesień w pełni i dopiero co wróciliśmy z grobów bliskich.
Tak czy owak, czy nam się to podoba czy nie, Boże Narodzenie nadeszło. No właśnie. I co w związku z tym? Pytanie dość retoryczne, bo dziś już wszyscy wiedzą jak je spędzą w tym roku. Mną natomiast od co najmniej kilku sezonów (no dobra minimum od dekady jak sięgam pamięcią) targają różne myśli na temat bożonarodzeniowego czasu i pomysły na jego spędzenie…

Z jednej strony magiczne wspomnienia Gwiazdki widzianej oczami dziecka. Każda z nas, bez względu na wiek, jakieś ma. Bez względu na to czy sama jest już mamą, czy póki co jest tylko córką. Jedni więcej, inni mniej, ale każdy ma wspomnienie, skojarzenie, być może krótkie, niezrozumiałe dla innych, a jednak dla niego samego mówiące wszystko. Wspomnienie, które jak tysiąc słów opisuje magię, którą każdy gdzieś tam w czeluściach pamięci chowa. Dla mnie to na przykład zapach piernika i pasztetu, które babcia na święta robiła zawsze. Samodzielnie robione kolorowe papierowe łańcuchy, które być może nie były najpiękniejsze, ale moje… To cukierki, po których na choince przez resztę Świąt dyndały jedynie papierki, bo już w Wigilię były przez nas zjadane. To jedyny prezent, który pamiętam z wczesnego dzieciństwa, mimo, że Mikołaj nie zawiódł mnie nigdy, czyli zabawka – pozytywka w postaci gumowego piłkarza z piłką pod ręką. I wreszcie – śnieg. Cała masa śniegu. Zaspy śnieżne wzdłuż odśnieżonej ścieżki do wujostwa, które mieszkało w domu obok. Zaspy, które mieniły się tysiącami mroźnych kryształków w blasku księżyca, kiedy wychodziliśmy wstając od wigilijnego stołu w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. Boże Narodzenie widziane oczami dziecka to coś wyjątkowego, wyczekiwanego, magicznego. Coś, na co czeka się cały rok, by potem chłonąć każdym zmysłem.

No właśnie, ale to nie tylko to…. Pamiętam również zestresowaną mamę i zmęczoną babcię. Dwie kobiety, na barkach których spoczywało przygotowanie wszystkiego, łącznie z przygotowaniem domu, czyli wycięczającymi porządkami domowymi, które zimową porą nie należą do najprzyjemniejszych ani najłatwiejszych. Niewiele to zmieniało w moim postrzeganiu świąt, bo przecież nikt nie angażował dziecka w sprawy organizacyjne. Było mi natomiast smutno, że ja z kolei nie jestem w stanie zaangażować rodziny w sprawy istotne z mojego punktu widzenia czyli ubieranie choinki czy klejenie kolorowych łańcuchów właśnie. Owszem ubieranie choinki zawsze odbywało się z mamą, ale nikt jakoś szczególnie nie celebrował tego wydarzenia. Był to po prostu kolejny punkt do odhaczenia, zaraz po myciu okien i trzepaniu dywanu. Z upływem czasu, urocze przedświąteczne krzątanie się w kuchni, widziane oczami starszego już dziecka, a potem nastolatki, zyskało inne miano: przedświąteczna presja. Bo czasu tak mało, a do zrobienia tak dużo. Wszystkie ręce na pokład, bo pasztet musi być i czyste okna, choć na zewnątrz mróz… Magia świąt powoli wypierana była właśnie tym niezdrowym stresem, który był nieodzownym elementem przygotowań świątecznych. W pewnym momencie nawet czynność kupowania prezentów stała się problematyczna i nie przynosiła już radości.

Podobno punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Siłą rzeczy zaczęłam uczestniczyć aktywnie w przygotowaniach świątecznych, przez co święta przestały mi się jawić już tak urokliwie. Wiadomo, potem zakłada się rodzinę, swój własny dom, ma się swoje własne dzieci i powzina się mocne postanowienie – u mnie tak nie będzie, nie dam się zwariować, będzie bardziej na luzie, będę planować z wyprzedzeniem, a jak z czymś nie zdążę, to trudno… W końcu Święty Mikołaj nie przeprowadza „testu białej rękawiczki”. I serio, staram się trzymać tego postanowienia. Staram się żeby było miło, czysto i świątecznie. Ale wolę pokleić z dziećmi kolorowy łańcuch nawet kosztem jednego nie wykonanego acz zaplanowanego ciasta. Przecież zawsze można pójść do cukierni ;P To jeden z nielicznych przypadków, w których bardzo bym nie chciała żeby hasło bo mama i córka są The Same, miało tu zastosowanie. Z pełną odpowiedzialnością mówię – nie chce być jak moja mama. Nie chce wywierać presji przedświątecznej na rodzinę, nie chcę żeby odechciało im się świąt….

Niestety, nawet najmocniejsze postanowienie niczego jeszcze nie zmienia, bo przecież święta, przynajmniej u mnie, spędza się w gronie rodziny, a to zobowiązuje. I nie mam tu na myśli świątecznego obiadu u cioci, tylko wspólne święta z dziadkami, a co najmniej 2 z 3 dni. Co oznacza jakieś pokątne nawet zaangażowanie się w ich przygotowanie, a tym samym znoszenie ponaglających spojrzeń matki, pouczeń, nie cierpiących zwłoki poleceń, kolejek w supermarketach itd. I to jest właśnie ten moment, kiedy dochodzimy do clou, do meritum tego wywodu – czy nie zakiełkowała Wam kiedyś w głowie taka myśl, żeby to wszystko zostawić w diabły, rzucić w cholerę, spakować walizki, trzasnąć drzwiami i wrócić po Nowym Roku? Bo ja mam tak rokrocznie… Tuż przed Świętami, jak już, delikatnie mówiąc, magia zaczyna mi się ulewać, zaczynam być na siebie zła, że po raz kolejny się nie odważyłam. A przecież sobie obiecywałam, że za rok to już na pewno w listopadzie jakieś lastminute ogarnę, że będę ponad to, że szkoda nerwów. Że jedynym kłopotem będzie co na siebie włożyć z nowej kolekcji The Same żeby ten wigilijny wieczór był jeszcze bardziej magiczny. I co? I nic. I kolejny rok robię 3 podejścia do sklepu, bo albo czegoś nie było, albo mama sobie o czymś przypomniała, albo zmieniła się koncepcja. Klnę i pocę się w kolejkach do kasy, sapię dźwigając siaty do auta. Myje te okna i pastuje podłogi, bo czuję presję i głupio mi, że ona tak wszystko sama…

A czy nie lepiej byłoby w tym czasie wygrzewać się w słońcu Wysp Kanaryjskich, wylegując się na leżaczku, sączyć drinka z parasolką i czytać zaległą książkę? Może słuchać muzyki albo szumu fal obserwując jak dzieciaki się wygłupiają. No ale nie, to byłby raczej za duży przeskok dla kogoś, kto nigdy nie spędził Bożego Narodzenia poza domem. Bo gdzie śnieg, choinka, atmosfera? No jak to, Wigilia w krótkich spodniach? Wspaniale – ktoś powie. O to właśnie chodzi. Ciepło, słońce, z dala od szarugi i krótkich dni. To możliwość naładowania akumulatorów, która pozwoli przetrwać do wiosny, taka namiastka wakacji. No nie wiem, to chyba nie dla mnie.

Ok, ale nic na siłę, i nic straconego. Przecież można się zaszyć w górskiej chacie, gdzieś na skraju lasu. Wokół śnieg, pachnące świerki, w środku ciepło kominka, góralski wystrój. Święta polskie, nastrojowe, klimatyczne. Pięknie nakryty stół wigilijny, tradycyjne potrawy, kolędy, a nawet pasterka w Góralskim stylu, dla tych bardziej wytrwałych. A do tego białe szaleństwo, narty, sanki czy kulig z ogniskiem i pochodniami.

Jednym słowem wszystko co można by sobie wymarzyć. Ale czy rzeczywiście…? Czy gdzieś w tak zwanym między czasie, w tym świetnym miejscu, jak z bajki albo z okładki katalogu biura podróży, nie zatęsknimy za rodziną… Za tradycją i to nie tylko tą ogólnie pojętną polską świąteczną, tylko tą rodzinną świąteczną? Czy mimo suto zastawionego stołu nie odczujemy braku ulubionych potraw? Czy nie poczujemy pustki spędzając noc wigilijną z totalnie obcymi ludźmi? I wreszcie, co pokażemy i przekażemy dzieciom? Czy to, że tradycja jest ważna i trzeba ją celebrować, czy można pozwolić sobie na komfort wyboru i bez względu na wszystko i wszystkich robić to, na co mamy ochotę? Tak bym chciała żeby moje dzieci miały wspomnienia, które zachowają na lata. I to nie tylko związane z tym, ze Mikołaj zawsze przynosił coś zapisanego w liście, ale też smaki, zapachy. Może chwile wspólnego robienia świeczek albo ozdabiania pierników.

Jak się nie dać zwariować na tyle, żeby rzucić wszystko i wyjechać daleko….? Tak rozważam, bo nie wiem. Wiem jedno, muszę się postarać bo mama i córka są The Same a moja bacznie mnie obserwuje i chłonie jak gąbka.
Pisząc to, na szczęście mam już upieczony pasztet, ciasto makowe i zrobioną rybę po grecku, a dzieciom wolno się bawić jedynie w wyznaczonych przeze mnie strefach, bo przecież posprzątane….;)

2 Comments Święta… jak przetrwać, nie zwariować i zapewnić dzieciom ciepłe wspomnienia.

  1. MandraSala

    A co jest ważniejsze – dobre samopoczucie ze Świąt w górach, czy satysfakcja ciotki, która jest przyzwyczajona, że zawsze na Wigilii ma rodzinę przy sobie? Trzeba zrobić bilans zysków i strat, a nie patrzeć na to jak to zostanie postrzegane przez innych. Bo jeżeli ja nie spędzę tych Świąt z ciotką to zapewne również poniosę stratę, najczęściej są to wyrzuty sumienia albo poczucie winy. Dlatego ważny jest ten indywidualny bilans: czy bardziej pozytywne emocje, czy też pozytywny efekt psychologiczny przyniesie nam spędzanie Świąt z dzieciakami w górach, aniżeli zabierze mi ta krzywda wyrządzona ciotce. Wybierzmy to, z czym jesteśmy w stanie przejść do porządku dziennego. To i tak będzie nieszczere i zwiększa prawdopodobieństwo wybuchu awantury 😉

    Reply
    1. Wiola Harasimowicz

      Wszystko prawda…. Ale co jeśli chodzi o najbliższych, o matkę czy ojca, często samotnych, dla których to jeden z najbardziej wyczekiwanych momentów w roku. Przecież oni chcą dla wszystkich dobrze, tylko wychodzi jak zwykle… Co wówczas? skąd wziąć odwagę cywilną by coś zmienić? I czy w ogóle coś zmieniać, czy zostawić wszystko jak jest, tak dla „dobra sprawy”…?

      Reply

Leave A Comment